O mojej drodze do szczęścia.
Blog > Komentarze do wpisu

Ludzie z "innego świata".

Zanim ich spotkałam, nie miałam pojęcia, że są jeszcze na świecie tacy ludzie. O ile tamta starsza pani poznana w szpitalu zachwiała dość mocno moim pierwotnym światopoglądem, o tyle oni zburzyli go zupełnie. To się stało zaledwie w ciągu paru dni. Gdy patrzyłam na nich, gdy ich obserwowałam, nie mogłam wprost uwierzyć w to, co widzę. To byli ludzie z "innego świata".

Najpierw poznałam jego, w szkole, na studiach. Był moim wykładowcą.
Świetny psychoterapeuta, dziennikarz, podróżnik i szaman w jednej osobie.
Człowiek bardzo skromny, niezwykle otwarty na świat, na ludzi, z niezwykłą wiedzą, doświadczeniem, a przede wszystkim - z niezwykłym podejściem do życia.
Co mnie w nim zdziwiło, zaskoczyło, to to, że jest też przy okazji człowiekiem dość mocno schorowanym. Lekarze skazali go już we wczesnej młodości na wózek inwalidzki. Nie poddał się. Mimo prognoz lekarskich w dalszym ciągu pozostaje czlowiekiem w pełni sprawnym, i to jak sprawnym!

Spotkałam w swoim życiu wielu schorowanych ludzi. Wszyscy oni narzekali na swój los, czuli się potraktowani niesprawiedliwie, albo byli apatyczni, załamani, bez chęci do życia.
On zachowywał się zupełnie inaczej. Choć widać było, że jest chory (nie próbował przed nami, studentami tego ukrywać), to jednak zachowywał się tak, jakby ta choroba była zupełnie obok niego. Ona zdawał się nie mieć żadnego wpływu na jego samopoczucie.
Zawsze wesoły, energiczny, skupiony na swojej pracy, ale jednocześnie spontaniczny i wyluzowany. Zawsze do bólu kompetentny w tym, co robił.
Dla każdego z nas zawsze miał czas. Każdego studenta traktował indywidualnie, z największym zainteresowaniem, z szacunkiem.
Był najbardziej AUTENTYCZNYM człowiekiem, jakiego w życiu spotkałam.
W każdej chwili swojego życia był po prostu sobą. To był coś, czego ja nie umiałam jeszcze wtedy robić.

Niedługo poznałam też ją - "dziewczynę szamana". Wtedy jeszcze nie była jego żoną. Była jego życiową partnerką i asystentką w pracy. (Od kilku lat są już małżeństwem.)
Wprost nie mogłam od nich oczu oderwać.
Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby mężczyzna z takim szacunkiem odnosił się do kobiety. I nigdy też nie widziałam, żeby kobieta z taką miłością i zaufaniem odnosiła się do swego mężczyzny.

Potem pojechałam na warsztaty z odmiennych stanów świadomości, które oboje prowadzili.
Wtedy wszystko ruszyło jak lawina. Załatwiałam na tych warsztatach bardzo wiele swoich niezałatwionych spraw (również z czasów dzieciństwa). Dowiedziałam się o sobie więcej, niż przez te wszystkie lata poszukiwania siebie.
Widziałam w swoim życiu wielu psychologów, psychoterapeutów, ale żaden z nich nie dorównywał jemu wiedzą, mądrością i skutecznością.
Wystarczyło, że zadał mi kilka pytań, a był w stanie wyciągnąć ze mnie więcej, niż przeciętny psycholog w ciągu kilku tygodni.
Jego metody wydawały się dość dziwne, ale były bardzo skuteczne. Bo to były szamańskie metody.

Gdy Poznałam mojego przyjaciela szamana i jego dziewczynę, wydawało mi się, że oni są z jakegoś innego, lepszego świata. Wydali mi się cudowni! Tak wspaniale się czułam w ich towarzystwie. Nie krytykowali mnie, nie oceniali, nie popędzali, mówili, że każdy ma własne tempo rozwoju, czułam się przez nich w pełni akceptowana, a nawet w jakiś dziwny sposób... kochana.
Chciałam być taka, jak oni, ale dopiero przy nich zdałam sobie sprawę jaka jestem malutka i jak wiele mi do nich brakuje. Ale oni zupełnie nie okazywali swojej wyższości.
Gdy zapytałam ich kiedyś - skąd w Was taka niezwykła siła i mądrość?
Co mam zrobić, żeby być taka jak Wy?
Skąd mam wziąć siłę?

Odpowiedź brzmiała następująco:

"Odpowiedzi na wszystkie te pytania znajdziesz w sobie. Ty jesteś źródłem swojej mocy i wszelkiej mądrości. Ta moc jest w Tobie i w każdym z nas. Została Ci dana w momencie urodzenia i nigdy nie zginęła. Ale musisz ją odkryć w sobie. Znaleźć jej źródło i podłączyć się do niego. To źródło jest niewyczerpane i wszechmocne.
Nikt i nic nie może uzdrowić Ciebie i Twojego życia. Możesz to zrobić tylko Ty sama. Zadawaj pytania i otwórz swój umysł, a dostaniesz wszystkie odpowiedzi. Dostaniesz każdą pomoc, o jaką poprosisz. Tylko nie bój się prosić. Nie bój się marzyć.
Gdy umierają nasze marzenia, umiera nasza dusza. Gdy odcinamy się od tego, co naprawdę czujemy i o czym marzymy, ta wewnętrzna siła w nas przygasa. Trzeba ją na nowo rozniecić, jak ogień. I pilnować, by nigdy w nas nie zgasła."

Gdy mi to mówili, to na poczatku nie wierzyłam. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że to ja sama mogę znaleźć odpowiedzi na moje pytania, że ja też mogę mieć takie piękne, bogate życie. Z drugiej strony, patrząc na nich, obserwując ich, nie miałam watpliwości, że takie życie jest możliwe. Oni oboje tak właśnie żyli. W zgodzie z własnymi uczuciami, z własnym sumieniem, asertywnie, otwarcie, z szacunkiem, z miłością.

Od czasu naszego pierwszego spotkania minęło parę ładnych lat. Nasze drogi jeszcze wielokrotnie los złączył, pozwalając nam się bliżej poznać i nawet zaprzyjaźnić.
Cudownie jest mieć takich przyjaciół. Mimo upływu lat w zasadzie nic się nie zmieniło. Dalej postrzegam ich jako wspaniałych, niezwykłych ludzi.
Żyją sobie wsród tłumu, na swój własny sposób. Bardzo dużo podróżują, robią filmy podróżnicze, piszą książki, odkrywają wciąż nowe horyzonty, przestrzenie i aspekty życia.
Ta niezwykła zachłanność i ciekawość życia zdaje się być w nich niewyczerpana.
Czyli - choć wokół nich zmienia się wszystko - w nich nic się w zasadzie nie zmienia.

Za to, od czasów naszego pierwszego spotkania, bradzo wiele zmieniło się we mnie.
Mój stary, wyniesiony z domu rodzinnego światopogląd, po spotkaniu z nimi legł w gruzach. Gruz uprzątnęłam i zaczęłam budować od nowa własne życie.

I dzisiaj to mnie się czasem zdarza, że ludzie mnie pytają:
"Skąd w Tobie ta siła? Ta moc?"
Odpowiadam - zawsze tam we mnie była. Ale ja o tym nie wiedziałam. Po prostu na pewien czas przygasła, musiałam ją w sobie na nowo obudzić.
I ludzie często mi nie wierzą.
Zupełnie tak, jak ja kiedyś.

Czasem, to sama nie mogę uwierzyć w to, jak bardzo zmieniło się moje życie.
Mnie też lekarze skazali na wózek inwalidzki. I ja też z niego wstałam. Tylko dzięki sile własnego umysłu. Czy było by to możliwe, gdybym nie spotkała jego?
Czy dokonałabym tego, gdybym na własne oczy, na jego przykładzie nie zobaczyła, że to jest możliwe?

Kiedyś nie wierzyłam w cuda. Dzisiaj widzę jak się zdarzają, każdego dnia.
A, co najważniejsze, zdarzają się mnie.
Czasem to sobie myślę, że całe moje życie, to cud.
Bo i jak to nazwać inaczej?
sobota, 26 stycznia 2008, marcelina.m
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2008/01/26 04:36:30
Добре, що мені кинувся цей блог в очі.
Тут бачу є що почитати.
Іншим разом вчитаюсь і прокоментую щось, а тепер не маю часу.
Щасти тобі, Марцеліно.
-
2008/08/15 23:18:42
Marze o takim przebudzeniu. Nie wiem tylko, czy mam odwage na posprzatanie gruzu. Ale powoli ja zbieram. Dopiero zaczynam czytac Twoj blog. Ale juz dziekuje za ten wpis.