O mojej drodze do szczęścia.
Blog > Komentarze do wpisu

Życie jak sen.

Szliśmy sobie na spacer. Ja, mąż i mój synek. Była jesień. Piękna, złota alejka...
Spacerowaliśmy po parku. Trzymałam męża za rękę i rozmawialiśmy idąc, a mały biegał sobie za piłką. I nagle zauważyliśmy, że zaczyna robić się ciemno. Poczułam, że ochłodziło się, więc założyłam synkowi sweterek.
Słońce zaczęło zachodzić, więc postanowiliśmy wracać do domu. Dokładnie tą samą drogą którą szliśmy poprzednio i którą tak dobrze znaliśmy.
Nasz synek szedł przed nami. Podniósł z ziemi jakiś patyk i bacznie się w niego wpatrywał idąc przed siebie.
Wtedy oboje z mężem zauważyliśmy, że nagle droga się urywa. Tam, gdzie wcześniej była, teraz jej nie ma. Jest przepaść. Zionąca pustką i grozą przepaść.
Maluch wpatrzony w swój patyk, idący przed siebie, nie widział tego.
Był kilkanaście kroków przed nami.
Oboje z mężem krzyczeliśmy do niego: "Stój, stój!"
Ale on nie słyszał. Zamyślił się, zagapił na swoją nową, jakże fascynującą zabawkę. Szedł dalej.
Jeden krok, drugi, trzeci. Tup, tup, tup... Małe nóżki tuptały jedna za drugą.
Gdy zdaliśmy sobie sprawę z mężem, że nas po prostu nie słyszy, oboje rzuciliśmy się w jego stronę, by go zatrzymać.
Ale byliśmy o sekundę za późno.
Widzieliśmy, jak nasze małe szczęście robi o jeden kroczek za daleko i nagle znika nam z oczu.

Pamiętam ten potworny, nie dający się opisać żadnymi słowami ból.
Upadłam na ziemię i płakałam, wrzeszczałam. Miałam wrażenie, że ten ból rozsadzi całe moje ciało i duszę. Obok mnie płakał mój mąż. Tak strasznie płakał.
Nie było już naszego małego słoneczka. Zgasło.

I wtedy nagle stało się coś przedziwnego. Pomyślałam sobie, że to nie może być prawda. Przecież ja śnię. Leżę teraz w łóżku i śnię, a to wszystko, to tylko zły sen!
I zaczęłam do siebie krzyczeć, na całe gardło: "Obudź się, Marcelino!!! Obudź się!!! Obudź się!!!"

Nagle poczułam, jak coś, jakaś potężna siła, wyszarpuje mnie z tamtąd. Na chwilę wszystko zniknęło, a ja byłam jakby zawieszona w próżni.  Gdy uczucie bycia w próżni zniknęło, gdy zaczęłam powoli czuć swoje ciało, okazało się, że jestem jak kompletnie sparaliżowana (nie mogłam się wcale poruszyć. Być może dostałam jakiś potężny zastrzyk adrenaliny, stąd to totalne zesztywnienie?). Czułam, że mam otwarte usta, ale nie mogłam ich zamknąć. Dopiero po jakichś kilkunastu sekundach udało mi się otworzyć oczy. Zobaczyłam niewyraźny zarys swojej sypialni. Zobaczyłam, że jestem w swoim łóżku, usłyszałam ciche i jakże kojące pochrapywanie mojego męża.
Nasz synek właśnie odwrócił się na drugi bok i przytulił do mnie (maluch spał jeszcze wtedy z nami). Moje małe, kochane słoneczko, jednak nie zgasło.
Gdy tylko udało mi się poruszyć, przytuliłam synka tak mocno, jak tylko mogłam (mając oczywiście na uwadze, żeby mu jakiej krzywdy nie zrobić). Poczułam tak niezwykłą, niewypowiedzianą ulgę.
Moje dziecko żyje. Nie umarło. To był tylko sen.
Spojrzałam na zegar. Znów to samo... Piąta trzydzieści.

Miewam czasem dziwne sny. Tak ogromnie realistyczne, że śmiało można by je wziąć za rzeczywistość alternatywną. W niczym nie przypominają tych głupot, które się czasem człowiekowi śnią (oczywiście takie zwyczajne sny też mam).
Kształty, kolory, nawet uczucie chłodu czy gorąca, bólu, odczuwanie smaków... Wszystko jest identyczne i tak samo intensywne jak w realu.
Te sny pojawiły się krótko po tym, jak miałam okazję pochodzić sobie po rozżarzonych węglach. Pojawiają się cyklami, po kilka w bardzo krótkim czasie (np.  trzy lub cztery na przestrzeni dwóch tygodni, potem przez wiele miesięcy jest spokój, następnie znów dwa lub trzy niemal pod rząd).
Zadziwiające jest to, że każdy z nich pamiętam do dziś.
Jeszcze bardziej zadziwiające, że z każdego z tych snów wybudzam się dokładnie o tej samej porze, czyli o 5.30. (normalnie budzę się gdzieś za piętnaście ósma).

Zadaniem każdego z tych snów jest to, by czegoś mnie nauczyć. Albo coś mi pokazać, unaocznić.
Za każdym razem przebudzenie następowało dokładnie w chwili, gdy zrozumiałam, nauczyłam się, uświadomiłam sobie coś, bądź też coś zrobiłam.
W tym konkretnym śnie, moim zadaniem było uświadomienie sobie faktu, że to, co się dzieje, jest tylko snem. Przypomnienie sobie, że wszystko, co widzę i czego doświadczam, nie dzieje się naprawdę, lecz jest tylko projekcją mojego własnego umysłu. To, co wyglądało tak bardzo realistycznie, tak na wskroś prawdziwie, było tylko snem - i to złociste słońce oświetlające wieczorne drzewa, i parkowa alejka, i wypaćkane błotem spodenki mojego synka. I ta przepaść, która pojawiła się nagle w miejscu, w którym nie powinno jej być, i ten rozdzierający ból, który pojawił się wtedy, gdy mały zagapił się w tę przepaść wpadł.

Ból po stracie dziecka - chyba jeden z najtrudniejszych, jakie dane jest człowiekowi doświadczyć. Jeden z najcięższych do przeżycia. Ja go przeżyłam. Doświadczyłam go. Poczułam na własnej skórze jaki to ból. Wtedy, w tym śnie, ten ból był dla mnie PRAWDZIWY. Bardzo realny. Wręcz namacalny.

A potem nagle ta dziwna świadomość, która się we mnie pojawiła...
Sen... tak... przecież ja śnię. Wszystko to, co widzę, co czuję, jest tylko snem.
Pojawiła się wtedy we mnie bardzo silna chęć zbudzenia się z tego snu. Pamiętam, jak podniosłam się z ziemi, i zaczęłam krzyczeć patrząc w niebo (nawet nie wiem, dlaczego akurat tam, ale tak właśnie zrobiłam - krzyczałam w niebo).
Ten krzyk był zabarwiony niezwykle silną wolą. Krzyczałam: "Obudź się!, Obudź się! Nakazuję Ci się obudzić!".
I jeszcze wiele myśli pojawiło się wtedy w mojej głowie. Myśli, typu: "Moją wolą jest, by się obudzić! To ja decyduję o tym, kiedy chcę się obudzić, a kiedy nie! Będzie tak, jak ja chcę! Dokładnie tak, jak sobie życzę! Mam prawo wyboru. Zdecydowałam, że chcę się obudzić i tak się właśnie stanie!"

Wola, wola, wola... Brak jakichkolwiek wątpliwości. Chęć decydowania o sobie.
Siłą swojej woli wyrwałam się z koszmarnego snu.
To, co jeszcze przed chwilą wydawało się takie rzeczywiste, takie na wskroś prawdziwe, okazało się tylko snem.

Ale stało się wtedy coś jeszcze. Coś niesłychanie dla mnie ważnego.
Gdy się obudziłam z tego snu, po raz pierwszy w życiu poczułam, że NIE OBUDZIŁAM SIĘ NAPRAWDĘ.
Czułam się tak, jakbym w dalszym ciągu spała.
Inna rzeczywistość... równie realna, jak w tamtym śnie. W każdym razie taka się wydaje. Ale może równie nieprawdziwa?
Może to po prostu inny sen?
Może kiedyś i z tego snu się obudzę?
Może teraz śni mi się, że jestem Marceliną, że mam męża i synka, że jestem chora, że mieszkam w Londynie, że klikam w klawiaturę komputera...?

Może pewnego dnia jakaś potężna siła wyszarpnie moją duszę z tego ciała, a wtedy okaże się, że całe moje życie było tylko snem. Wszystkie plany, problemy, stresy. Ten ciągły ból, który każdego dnia mi towarzyszy... Może tak naprawdę wcale go nie ma? Może ten ból też mi się tylko śni?
Od czasu, gdy miałam ów sen, nie opuszcza mnie wrażenie, że całe moje życie jest tylko snem. To coś, jak świadomość śnienia w innym śnie.

Wola... (jak się okazało) to coś, co kształtuje sny.
Ale najpierw, bym móc użyć woli, jest potrzebna świadomość śnienia. To właśnie dał mi ten sen - ŚWIADOMOŚĆ ŚNIENIA.
W chwili, gdy zyskałam ową świadomość, sen się skończył. Po prostu spełnił swoje zadanie i mógł się zakończyć.

Skoro moje życie jest tylko snem, to logicznym się wydaje, że wola kształtuje też życie.
Zniknął lęk. Pojawił się we mnie ten cudowny dystans, dający poczucie komfortu.
Taki sam dystans, jakiego człowiek nabiera po przebudzeniu do swoich snów.
Dystans do wszystkiego - do innych osób, do rzeczy, do zdarzeń, ale też przede wszystkim - do siebie. Do tego co mnie spotyka, co czuję, co przeżywam.
Teraz wszystko wydaje mi się tak cudownie odrealnione.
Żyję we śnie.
Teraz, cokolwiek się nie dzieje, łatwiej mi zachować wewnętrzny spokój.
W końcu - kto by się snem przejmował?


wtorek, 24 czerwca 2008, marcelina.m

Polecane wpisy

  • O bezsilności.

    To, co kiedyś przeczytałam, skłoniło mnie do rozważań na temat tego, czym jestbezsilność.Pewna kobieta o nicku "Ella" napisała artykuł o tym, jak bardzo czuje s

  • Moje wspomnienia z regresji hipnotycznej.

    Bardzo trudno jest opisać doświadczenia tego typu. I choć dokonałam takiej próby, nie jestem z tego opisu zadowolona. Nie oddaje nawet w części faktycznych odcz

  • List pożegnalny (Gabriel Garcia Marquez)

    Gabriel Garcia Marquez, wybitny pisarz kolumbijski, autor m.in. słynnej powieści"Sto lat samotności", laureat Nagrody Nobla z 1982 roku - jest chory na rakalimf

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2008/06/24 15:37:25
To okropny sen. Nie ma nic gorszego, niż matka przezywająca śmierć swojego dziecka :(
Pozdrawiam Cię ciepło.
-
2008/06/24 21:25:18
Siła oddziaływania na człowieka jego snów, ich treści jest ogromna, albo żadna. Wszystko chyba zawiera się również we wrażliwości osoby śniącej, choć, chyba nie do końca. Ja nie jestem (chyba) z kamienia a ani nie pamiętam snów ani nie przywiązuje do nich wagi. Są incydentalne i bez większego znaczenia, więc trudno się nad nimi zastanawiać.
Czuje się trochę okaleczony, pozbawiony czegoś może istotnego, co by wzbogaciło moje życie duchowe, a może i nie (?).

Doskonale uzupełnia moje braki w tym zakresie moja zona, która śni prawie bez przerwy.
Mogłaby książki pisać o swych snach, tak są różnorodne i zadziwiające. Zapewne najistotniejsze z nich to te prorocze, po których w Realu staja się rzeczy, fakty wyśnione. Może ta sfera ma również jakiś związek z intuicją, która moja żona ma też nadzwyczajną (dlatego jestem zwolniony z myślenia, i decydowania co i kiedy będzie właściwym wyborem, właściwa decyzją to oczywiście taki pół żart).

Wartość snów, ich znaczenie w życiu człowieka zaprząta ludzkie umysły już od czasów kiedy, zapewne jeden był w stanie opowiedzieć drugiemu, że cos mu się śniło.
W życiu wielu osób waga snów bywa tak ogromna, że decyduje o ich zachowaniach wręcz codziennych, zniewala ale i dodaje animuszu i celowości działania.

Ten temat dał mi osobiście ta wartość, że zwrócił uwagę na sens zastanawiania się nad przeróżnymi zjawiskami, chwilami, momentami, kiedy w naszym życiu dzieją się rzeczy symboliczne, pod różnymi postaciami, w różnej formie. Można je nazwać drogowskazami jeśli je zechcemy odczytać

Ja w przypadku snów zachowuje się jak agnostyk. Jednocześnie jestem w stanie uszanować dłuuuuuuuugie opowieści żony o tym co też się jej śniło, tylko czemu znowu takie dziwactwa! Szanuje ta cała filozofie, która zbudowałaś Marcelinko na podstawie tego snu, pragnę jednak uspokoić Cię, że Ty żyjesz jednak realnie!!!, Przepraszam, aaaaaa może ja śnię?
Pozdrawiam i proszę osen w mojej intencji.
-
2008/06/24 22:49:07
W końcu coś jest w zdaniu "życie jak sen". A może: "ci, którzy kochają, sami sobie kształtują sny" ...a może i życie? Ciekawi mnie natomiast czy to ten"tylko" ten sen miał taki decydujący wpływ na postrzeganie świata, na ten dystans jaki nabrałaś do niego czy złożyło się na to jeszcez parę innych rzeczy? Jeśli tak to jakich?

Jeśli możesz to powiedz mi jeszcze jak to robisz, by pamiętać te wszystkie "lekcje", którymi Cię życie doświadcza? Przecięż wiele razy jest tak, że doświadczamy jakiegoś głębokiego przeżycia, zdażenia, które nie raz jest decydujące, wywiera bardzo głęboki wpływ na nas, wydaje nam się w tamtej chwili, że od tego momentu dokonuje się jakiś istotny zwrot w naszym życiu, jednak z upływem dni ten "zapał" gaśnie, wrażenie opada i tak jakby wracamy powoli z powrotem na te same tory, jeśli wiesz co mam na myśli.
-
2008/06/25 13:21:20
O tym, co uważam za REALNE życie napisze następnym razem, bo to ciekawe dosyć...

Co do snów... Te, które wybudzają mnie zawsze dokładnie o 5.30, zaliczyłabym jednak do snów absolutnie wyjątkowych. Każdy z nich był dla mnie swoistą lekcją i czego innego mnie nauczył. Z pewnością jeszcze pokuszę się o opisanie kilku.
O ile zwykle nie pamiętam swoich normalnych snów, albo nawet jeśli jeszcze chwilę po przebudzeniu pamiętam, to parę godzin później je zapominam, albo mam uczucie, że wyblakły w mojej pamięci. Wydają się jakieś mało ważne, albo wręcz głupie i nic nieznaczące.
Te "wyjątkowe sny" są zupełnie inne. Nie muszę się wcale wysilać, żeby je pamiętać. Po prostu ich nie zapominam. Ciągle są tak samo żywe w mojej pamięci. Pamiętam każdy z nich i to ze szczegółami. Nawet kolory, zapachy i smaki, jakie im towarzyszyły.
Niektóre z nich wyświetlały się w mojej głowie niczym film dokumentalny o mnie samej, tłumacząc na przykład coś, czego nie rozumiałam, a bardzo chciałam zrozumieć.
W innych z kolei czekało mnie jakieś zadanie do wykonania. Gdy udało mi się to zadanie wykonać, zyskiwałam wtedy jakąś bardzo ważną umiejętność, albo udawało mi się pokonać we mnie jakieś ograniczenie, jakiś problem.
Czasem w tych snach słyszę głos, który do mnie mówi, który ze mną rozmawia, Czasem zadaje mi pytania, innym razem odpowiada na moje pytanie. Czasem dostaję odpowiedź w postaci jakiegoś obrazu z mojej przeszłości. Innym razem jeszcze dostaję jako wskazówkę jakieś konkretne zdanie.
Te sny działały też czasem jak "szczepionki uodparniające". Jak to dokładnie działało pewnie kiedyś też napiszę. Żeby to dokładnie wytłumaczyć, musiałabym opisać jeden z tych snów.

Zanim przeszłam po ścieżce z żarzących się węgli, nigdy wcześniej w całym moim życiu nie miałam takich snów. Pierwszy z nich pojawił się niedługo po naszych szamańskich warsztatach. potem były następne. One są jak wizje. Czasem mam wrażenie, że to jakby przekazy z jakiegoś innego świata, o który chyba otarłam się w czasie moich szamańskich praktyk.
To tak, jakby nagle zostały dla mnie otwarte drzwi do jakiegoś innego wymiaru, z którego mogę czerpać, by się dalej rozwijać.
Bardzo trudno to wszystko ubrać we właściwe słowa, by oddać to, co czuję.
W każdym razie, każdy z tych snów był mi w jakiś sposób bardzo pomocny i w jakiś sposób mnie ukształtował.
Ostatni sen tego typu miałam tej nocy, gdy zaszłam w ciążę. Widziałam w tym śnie mojego syna jako już dorosłego człowieka. Przyszedł do mnie, żeby zapytać, czy zechcę zostać jego matką. Pokazał mi też, po co chce przyjść na świat. Jakie wybrał sobie zadanie na to konkretne życie. Spytał, czy zechcę mu pomóc to zadanie wypełnić.
Zgodziłam się.
A teraz widzę, jak mój synek rośnie i patrząc na niego każdego dnia widzę tego dorosłego mężczyznę ze swojego snu. Te same stalowo szare oczy, to samo przenikliwe spojrzenie, blond czupryna - wszystko takie samo, jak we śnie. (A mogło być przecież zupełnie inaczej, bo mój mąż jest szatynem o ciemno piwnych oczach).
Po tym wszystkim to, co jest realne, a co nie, przestało być już dla mnie takie oczywiste.