O mojej drodze do szczęścia.
Blog > Komentarze do wpisu

Rzeczywistość - co to takiego jest?

Ateiści twierdzą, że nie ma innej rzeczywistości, jak tylko ta fizyczna, materialna. Mistycy twierdzą coś wręcz odwrotnego. Jak jest naprawdę?

O tym, że to, co dzieje się z naszym ciałem, ma bezpośredni wpływ na nasz umysł, to sprawa oczywista, więc nie będę się tu rozwodzić. Gdy ktoś nas mocno kopnie w kostkę, to na ogół od razu wpadamy w złość. Normalne.
Nasze ciała są dla nas namacalne. Dysponujemy wieloma sposobami na to, by je badać, odkrywać w jaki sposób działają, jak są skonstruowane, z czego są zbudowane itd. Możemy je kroić, dotykać, oglądać pod mikroskopem, badać ich właściwości.

Ze sferą umysłową w zasadzie jest dosyć podobnie. Wszyscy wiemy, że myślimy.
Mamy świadomość istnienia naszej płaszczyzny umysłowej. I tego rozdzielenia na ciało i umysł.
Bo przecież marzymy, fantazjujemy, snujemy plany na przyszłość, wyobrażamy sobie siebie w innym ciele (ładniejszym, szczuplejszym, mniej pryszczatym, mniej kalekim), w innej sytuacji, w innym czasie itp.
O tym, że można w jakiś sposób żyć niezależnie w sferze psychicznej wiemy choćby z czasów szkolnych, kiedy to podczas nudnej lekcji odpływaliśmy myślami w świat fantazji i dopiero zdenerwowany nauczyciel, wyrywając nas z tego stanu, uświadamiał nam, jak daleko odpłynęliśmy.
Tak więc dla wszystkich jest chyba oczywiste, że obie te płaszczyzny naszego jestestwa istnieją i my w jakiś sposób istniejemy w nich.
Gdy uczeń fantazjuje, świat który widzi w swojej wyobraźni (a więc w sferze psychicznej) wydaje mu się czasem tak rzeczywisty, że niemal zupełnie się wyłącza ze sfery fizycznej.
Nie słyszy upomnień nauczyciela typu: "Zejdź z chmur na ziemię i wracaj do RZECZYWISTOŚCI!".
Często dopiero szturchnięcie łokciem kolegi, siedzącego w ławce obok, wyrywało nas ze stanu zamyślenia, fantazjowania.

Co do trzeciej sfery - duchowej. No cóż... tu istnieje wiele sporów.
Ateiści twierdzą, że nic takiego nie ma. Mistycy wręcz przeciwnie. Oni twierdzą, że jest to najważniejsza płaszczyzna naszego istnienia i na niej przede wszystkim należy się skupić.
Mistycy znają tylko jedną rzeczywistość - mistyczną.
O ile jednak dwie pierwsze płaszczyzny możemy badać (zarówno ciało, jak i umysł człowieka), o tyle z badaniem tego, co w nas "duchowe" mamy już spore problemy. W zasadzie nie można duszy pokroić i wsadzić pod mikroskop, żeby zobaczyć jak i z czego jest zbudowana. Pozostaje więc pytanie - czy aby na pewno mamy coś takiego, jak dusza?
Dla wielu ludzi pytanie to pozostaje nadal bez odpowiedzi.

Ze mną też tak kiedyś było. Jednak moje doświadczenia wiele zmieniły.
Spowodowały, że wyzbyłam się wątpliwości.

Odkryłam, że człowiek może istnieć w trzech stanach skupienia. Podobnie, jak woda - stałym, ciekłym i gazowym.
Nasze ciała można porównać do lodu, nasz umysł do wody, a to, co nazywamy pierwiastkiem duchowym w nas, do pary wodnej.

O tym, że jest coś takiego jak lód, wie każdy pięciolatek. Można dać dziecku do ręki kawałek lodu. Bez trudu powie, co widzi. Określi też właściwości badając, dotykając. Ciężkie, przezroczyste, zimne, w zasadzie nie ma smaku, itd.
O tym, że jest coś takiego, jak woda, dzieci też doskonale wiedzą, jednak z pewnością już trudniej było by im określić, czym woda jest. Bo przecież nie ma kształtu. Da się ją dotknąć, ale nie da się jej już złapać w dwa palce i podnieść do góry, jak ten kawałek lodu. Woda jest czymś zdecydowanie trudniejszym do uchwycenia i zbadania, niż lód. Podobnie, jak ciało człowieka jest łatwiejsze do zbadania, niż umysł. O ile ludzkie ciało jest już dość dokładnie zbadane, o tyle nasz umysł jest jeszcze w dalszym ciągu zagadką dla naukowców. Wiemy o nim sporo, mamy pewne sposoby, by go badać, ale niektóre aspekty tego, co nazywamy umysłem dalej wydają się nie do końca jasne.

Zapytajcie teraz naszego pięciolatka - co to jest para wodna?
Dziecko z pewnością powie, że to coś, co unosi się do góry z garnka, gdy mama gotuje na obiad zupę.
Ale zapytajcie je potem, czym ona jest? Jakie ma właściwości?
Usłyszycie tylko ciszę i zobaczycie rozdziawioną buzię.
My, dorośli, uczyliśmy się o tym w szkole, więc wiemy doskonale, że coś takiego jak para wodna jest choćby częścią składową powietrza.
Wszyscy też chyba robiliśmy doświadczenie polegające na skropleniu pary wodnej, podstawiając zimne lusterko pod czyjś lub też swój nos, albo trzymając je nad czajnikiem z gotującą się wodą.
Nie jest dla nas żadną rewelacją, że ta ledwie widoczna mgiełka zamienia się z powrotem w wodę, zaś wodę można zamienić z w lód.
Ale jeśli nie zrobilibyśmy takiego doświadczenia ze skraplaniem wody, a ktoś powiedziałby nam, że woda jest w powietrzu, tylko my nie możemy jej zobaczyć, to uwierzylibyśmy na słowo? Jedni może tak, inni na pewno nie.

Z duchowością jest niestety ten sam problem. Tego nie widać gołym okiem. Nie da się jej zważyć, zmierzyć, pokroić, powąchać, określić, jaki ma kolor itd.
Nasza dusza jest czymś równie nieuchwytnym i trudnym do zaobserwowania, niczym para wodna unosząca się w powietrzu.
Ale oczywiście, tak jak są sposoby na skroplenie wody, tak samo są sposoby na "skroplenie duszy".
Ale o tym nieco później.

Wróćmy teraz znów na chwilę do pojęcia rzeczywistości. Rzeczywistością określamy to, co jest dla nas realne, prawdziwe.
Zwykliśmy myśleć (bo tak nam wdrukowano), że rzeczywisty jest tylko świat materialny, fizyczny.
Stąd właśnie do znudzenia powtarzane przez naszych szkolnych nauczycieli zdania typu: "Zejdź na ziemię i wracaj do rzeczywistości!"
Nasza psychiczna, umysłowa, emocjonalna rzeczywistość, dla niektórych (ba! nawet chyba dla większości ludzi) jest dość mocno nierzeczywista. Dla nich nie jest to prawdziwa rzeczywistość. Rzeczywistością jest dla nich bowiem tylko to, co cielesne.
Ale czy faktycznie tak jest?
Czy to, co się dzieje w naszych umysłach nie może być rzeczywiste?
Obserwując świat i czerpiąc ze swoich własnych doświadczeń, odkryłam, że jest zupełnie inaczej.

Najpierw przyjrzyjmy się ciału. Zdarza się (wiem, bo i sama mam takie doświadczenia), że ciało choruje. Zdarza się też, że medycyna nie potrafi zaradzić naszemu cierpieniu. Albo ma z tym pewne problemy.
O tym, co to jest hipnoza, wiedzą chyba wszyscy. Wszyscy też z grubsza słyszeli, jakie ma ona możliwości. Zdarzały się przypadki, kiedy trzeba było kogoś zoperować. Ale temu komuś nie można było podać narkozy ani też znieczulić żadnym środkiem farmakologicznym. Co wtedy?
Wiele operacji przeprowadzono znieczulając pacjenta przy pomocy hipnozy właśnie. A więc, jak się okazuje, z poziomu umysłu można zupełnie wyłączyć człowiekowi odczuwanie bólu na przykład. Ale można też z poziomu umysłu robić z człowiekiem i inne zadziwiające rzeczy. Jeśli wprowadzicie kogoś w stan hipnozy i powiecie mu, że znajduje się na dnie oceanu, gdzie jest bardzo zimno, po chwili zacznie on odczuwać to zimno tak, jakby naprawdę tam był. Zacznie się cały trząść, będzie miał gęsią skórkę na skórze, a temperatura jego ciała się obniży. Nie będzie miało znaczenia, że leży sobie na wygodnej kozetce w gabinecie psychiatry. Jego ciało będzie reagowało tak, jak nakaże umysł. Ciało zmieni się i dostosuje do umysłu.
Ja sama wielokrotnie stosowałam tę metodę i znieczulałam się w czasie bólu, który był tak silny, że żadne środki farmakologiczne nie pomagały. Nauczyłam się wprowadzać w stan autohipnozy i odcinać się w ten sposób od bólu.

Co jest więc tą bardziej prawdziwą rzeczywistością?
Ta psychiczna, czy ta fizyczna?
Skoro można pokroić człowieka niemal na kawałki (odciąć mu rękę, nogę, zrobić operację mózgu), a on w ogóle tego nie czuje, bo jego psychikę zaprogramuje się tak, że by nie czuł, to która z tych rzeczywistości jest ważniejsza?
Cielesna czy umysłowa? Która nad którą dominuje? Która jest prawdziwa?

A może prawdziwe są obie? A może obie są tak samo ważne?

Zarówno ciało może zatriumfować nad umysłem (jakże często zdarza się, że z powodu jakichś cielesnych dolegliwości załamujemy się, wpadamy w depresje, nerwice itd.), jak i umysł nad ciałem.
Weźmy choćby na przykład samobójcę. Często ma zdrowa ciało, ale jego psychika jest tak chora, że nie może znieść swojego istnienia. Nie chce żyć, nie chce czuć, cierpi psychicznie tak bardzo, że nie może już tego wytrzymać i ostatecznie decyduje się unicestwić swoje ciało fizyczne.
Podobnie dzieje się w przypadku osób chorych psychicznie. Ktoś, kto ma halucynacje i widzi w swoim umyśle wielkiego pająka idącego w jego stronę, potrafi być tak przerażony, że wyskakuje z okna. Ucieka przed wyimaginowanym zagrożeniem, którego w tak zwanym "rzeczywistym", a więc fizycznym świecie, tak naprawdę nie ma. Umysł zatriumfował nad materią. Znów to, co psychiczne okazało się ważniejsze i dominujące nad tym, co pochodzi ze sfery naszej psychiki.
Katatonik, choć jego ciało fizyczne jest zdrowe, nieuszkodzone, potrafi wiele dni, a nawet tygodni zupełnie się nie ruszać, nie mówić, nie jeść, bo jakaś wewnętrzna siła która pojawia się w jego umyśle, kontroluje go i uniemożliwia mu to. (To też niestety w pewien sposób znam z autopsji.) Rzeczywistość psychiczna staje się dominująca w tym przypadku. A więc bardziej realna.

Powrócę na chwilę do moich snów. Tak bardzo rzeczywistych i tak niezwykle dla mnie ważnych. Senna rzeczywistość traktowana jest często jako rzeczywistość jednak nieprawdziwa i mniej ważna. Mniej wartościowa.
Ja nie traktuję jej w taki sposób.
Skoro we śnie potrafię rozwiązywać problemy ucząc się przy tym wielu bardzo wartościowych rzeczy, skoro potrafię później umiejętności zdobyte we śnie wykorzystać na płaszczyźnie fizycznej, to dlaczego one miały by stanowić dla mnie mniej wartościową rzeczywistość?

Teraz powrócę do naszego duchowego pierwiastka.
No właśnie. Co z duszą? Jest, czy nie ma? Czy można skroplić duszę, by udowodnić jej istnienie?
Okazuje się, że tak. Problem jednak w tym, że można przeprowadzić takie doświadczenie tylko na sobie samym i wyłącznie do swojego wglądu.
Nie można nikomu pokazać swoje skroplonej duszy.
To tak, jakby niewidomy człowiek nie dysponujący lusterkiem chciał skroplić parę unoszącą się nad garnkiem z gotującą się zupą. Wystarczy ostrożnie wyciągnąć rękę i potrzymać chwilę nad garnkiem w rozsądnej odległości, by się nie poparzyć. Po chwili poczujemy, że nasza ręka staje się wilgotna, wręcz mokra. Skrapla się na niej para.
Nie można pokazać niewidomemu swojej mokrej ręki. Dla niego nie będzie miało to żadnej wartości, że na ręce kogokolwiek innego skropliła się woda.
On musi ją poczuć na swojej własnej ręce. Musi doświadczyć sam, by zrozumieć.

Jak skroplić duszę? To bardzo proste, a zarazem niezwykle trudne.
Tak, jak do skroplenia pary wodnej potrzebne jest zimne lusterko, tak do skroplenia duszy potrzebny jest SPOKOJNY UMYSŁ.
W spokojnym umyśle, pozbawionym lęku, skroplona dusza jest czymś wyraźnym i oczywistym. Jest czymś tak namacalnym, jak wilgoć na dłoni trzymanej nad garnkiem z gotującą się wodą.
Problem jednak w tym, że nie można wyciszyć cudzego umysłu.
Nasz umysł jest jak wielki ocean. Gdy tafla wody jest idealnie spokojna, każda kropelka deszczu spadająca na nią jest doskonale widoczna. Krople spadającego deszczu tworzą charakterystyczne, rozchodzące się kręgi na powierzchni wody.
To, co duchowe, odbija się w naszych umysłach, podobnie, jak te kręgi na wodzie, tym, co w nas intuicyjne. Czasem po prostu słyszy się to, jak podpowiedź na zadane wcześniej pytanie, która nagle pojawiła się nie wiadomo skąd i ma się wtedy ochotę krzyknąć: "eureka!, przecież to takie proste i oczywiste". Jeszcze innym razem pojawiają się obrazy, przeczucia, albo (coś, co jest dla mnie absolutnym fenomenem) po prostu zaczyna się pewne rzeczy wiedzieć, czuć, tak zupełnie spontanicznie. Na zadane pytanie niemal od razu pojawia się odpowiedź.
Nie da się tego uczucia opisać słowami, tak, jak trudno jest niewidomemu opisać słowami to, jak wygląda woda.
Aby tego doświadczyć, potrzebny jest tylko spokojny umysł.
Ludzie się boją. Noszą w sobie mnóstwo lęków. Boją się chorób, śmierci swojej lub kogoś bliskiego, boją się utraty pracy, mieszkania, reputacji.
Nasze umysły są niczym rozszalałe oceany kipiące złością, niepewnością i strachem.
Jakie znaczenie ma kilka kropel deszczu, które spadają do oceanu, na którym panuje wieczny sztorm?
Choć to są bardzo RZECZYWISTE krople, z prawdziwej wody, pozostaną niezauważone i bez znaczenia.

To, co osiągnęłam, poprzez swoje doświadczenia i poszukiwania samej siebie, to właśnie SPOKOJNY UMYSŁ. Pozbyłam się lęku. Uspokoiłam się wewnętrznie, a przez to dane mi jest widzieć tę piękną mozaikę fal rozchodzących się w moim umyśle, a pochodzących z informacji pochodzących właśnie z tej duchowej sfery mojego jestestwa. Wszystkie trzy sfery - i fizyczna i psychiczna i duchowa, stały się dla mnie TAK SAMO WAŻNE I TAK SAMO RZECZYWISTE.

Dla każdego przeciętnie wykształconego człowieka jest oczywiste, że woda w swoich trzech stanach skupienia jest tak naprawdę tym samym i tak samo realnym.
Dla mnie przechodzenie ciała w umysł, umysłu w ciało, ale także umysłu w to, co duchowe, jest czymś zupełnie oczywistym i naturalnym.
Ciało, umysł i dusza składa się z jednego i tego samego pierwiastka, lecz znajdującego się w różnych stanach skupienia.

O Jezusie mówiono, że potrafił chodzić po wodzie. Ojca Pio znano między innymi z tego, że potrafił ponoć przenikać przez ściany, a także znajdować się fizycznie w kilku miejscach jednocześnie. Nie możliwe? A może na wyższym poziomie rozwoju duchowego jednak tak? (Ha, ha! Spróbujcie kogoś takiego zamknąć w waszym "rzeczywistym" więzieniu z krat i cegieł!)
Umiejętność panowania nad materią i swobodne przechodzenie z jednego stanu skupienia w inny? Czemu nie?
Może to wszystko (ciało, umysł, dusza) jest tak naprawdę jednym i tym samym?
Czemu więc wszystkie sfery naszego istnienia nie miały by być tak samo ważne?

My, ludzie zachodu, tak bardzo jesteśmy "uwięzieni" w naszych materialnych ciałach i naszych materialnych sprawach, że nie jesteśmy w stanie przyjąć do wiadomości niczego innego ponad to, co potrafimy dotknąć, pokroić i zbadać pod mikroskopem. Nie radzimy sobie zupełnie nawet z tą drugą sferą, czyli naszą psychiką, nie mówiąc już o trzeciej, duchowej.
Jesteśmy jak ci ślepcy, którzy próbują (albo i nie próbują) dostrzec wilgoć na ręce kolegi trzymającego dłoń nad garnkiem z gotującą się wodą.
Nie dostrzegamy tam wody, bo i nie możemy jej dostrzec. To nie nasza ręka staje się mokra, lecz jego.
Co z tego, że Budda osiągnął oświecenie, że Jezusowi się to udało.
Dla nas to nic nie znaczy. my tego nie zrozmiemy, nie będzie miało to dla nas żadnego znaczenia. Śpiewamy hymny pochwalne na cześć cudzej mokrej ręki.
A to chodzi o to, żeby nasza ręka stała się mokra, nie cudza!

Pozostajemy niepewni, wątpiący.
Jakże śmieszny wydaje się ktoś, kto w dzisiejszych czasach podważa istnienie pary wodnej, gdy my wiemy, że ona naprawdę istnieje. Prawda?
Jakże smutne jest to, że ktoś nie może poczuć tego, że ma duszę.

Widzenie całości polega na zintegrowaniu trzech rzeczywistości - cielesnej, psychicznej i duchowej. Każda z nich jest dla mnie pełnowartościowa i tak samo ważna. Tak samo rzeczywista. Każdą z nich odczuwam tak samo mocno.
W każdej z nich żyję tak samo realnie. Każda z nich wywiera na mnie równie silny wpływ.
Szczęście, to chyba taki stan, w którym człowiek przestaje się bać swojego ciała i tego, co materialne. Gdy w razie potrzeby potrafi się przenosić i funkcjonować w każdej z tych trzech rzeczywistości. W każdym razie ja tak to czuję.
WSZYSTKO, cokolwiek ma na mnie wpływ, jest moją rzeczywistością.
WSZYSTKO, cokolwiek i w jakikolwiek sposób postrzegam, czegokolwiek doświadczam to moja rzeczywistość.
Po tym, co przeżyłam i czego doświadczyłam, nie potrafię już przyznawać "monopolu na rzeczywistość" temu, co materialne.
Po prostu nie potrafię.

poniedziałek, 14 lipca 2008, marcelina.m
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2008/07/16 19:45:49
Bardzo ciekawie przedstawiony temat. W zasadzie, jeśli zastanowimy się nad swoimi odczuciami, wrażeniami, tysiącami drobiazgów jakie spotykają nas w życiu, na co dzień, to każdy doświadcza w większym, czy mniejszym stopniu owego wzajemnego przenikania rzeczywistości cielesnej, duchowej i zmysłowej. Przykłady podane przez Ciebie Marcelino doskonale pomagają zauważyć w sobie takie momenty, takie wydarzenia. Nawet ci żyjący bardzo realnie miewają coś co sami nazywają przeczuciem czy instynktownym przewidzeniem czegoś. Przeczucie urzeczywistnione późniejszymi następstwami rzeczywistym spełnieniem jest niczym innym jak swego rodzaju wyświetleniem tego co nastąpi. Odbywa się to na różnym poziomie od tak wyraźnego, realnego, który Ty Marcelinko przeżywasz po uproszczony, często zawężony do intuicji, czy mglistego przeświadczenia trudnego do wytłumaczenia.
A siła woli? Cóż to za wartość realna siła woli? Dlaczego mawia się, że ona ma wartość lekarstwa, wartość uzdrawiania. Czy to logiczne i jaki to ma związek z twardą rzeczywistością? Trudno pojąć. Z jednej strony - fizyczne ciało, autonomiczne a z drugiej strony myśli w formie pragnień, wytycznych czy wręcz nakazów muszę wyzdrowieć! Musze to czy tamto i sprawdza się!
Inny przykład, to moja ulubiona metoda samoleczenia zwana BSM. Wyglądam jak dziwak, kretyn trzymając się za głowę, dwie godziny dziennie... więc dlaczego spadł mi wysoki cukier, rzędu 150 do poniżej 100! Żadnych lekarstw, więcej, wściekłość na takie chodzenie z rękoma na głowie i brak wiary w poprawę stanu zdrowia, a jednakpomogło. Cztery miesiące uporczywego trzymania i trzustka pracuje jak u noworodka. Lekarze nawet nie chcą słuchać moich opowieści co i jak. Jak to się ma fizycznie do mojego organizmu, to leczące działanie pól i fal, które ktoś uznał, że są i bezskutecznie próbuje wytłumaczyć innym, że są, działają, leczą.
Dobrze, że nasze życie realne jest tak nierealne dla tych, którzy chcą to zauważyć. Dzięki temu wzbogacają się i czerpią z życia wiele więcej. Co prawda nadwrażliwość niekiedy kosztuje, i to ogromnie dużo ale to inny temat.
Cokolwiek to jest, czy sen czy wizje, coś co nas popycha , przeświadcza o czymś na wszelkie sposoby, warto to szanować i utrwalać. To bogactwo innego rzędu i poziomu, taki smaczek życia, który jest bardzo często niedoceniany i lekceważony a ma moc najlepszych mieszanek ziół, po prostu Apetita, Winiary, Knor itp. :-)
Rozsmakowany w nieznanych smakach Cziwe...
-
2008/12/26 12:16:56
Niestety, jako człowiek o minimalnym wykształceniu z dziedziny fizyki nie potrafię się pogodzić z porównaniem duszy do pary wodnej i próbie tłumaczenia, czym jest dusza na zasadzie analogii z parą.
Przecież każdy wie, czym jest para. Ma określony skład chemiczny, określone własności fizyczne i jak najbardziej możliwe jest jej badanie. Nie przekonuje mnie fakt, iż ktoś (np. dziecko) nie potrafi jej opisać. Niestety są rzeczy na tym świecie, do zrozumienia i opisania których wymagany jest minimalny poziom wiedzy. Dziecko nie wie, co to jest prąd elektryczny, a przecież nie ma w nim nic mistycznego i tajemniczego.
Niestety dusza to coś rzeczywiście trudne do opisania i zrozumienia. Co więcej dowód na jej istnienie również nie jest łatwy. Niemierzalna jest bowiem granica pomiędzy umysłem a duszą. Nikt nie da gwarancji, że to co odczuwamy, jest rzeczywiste. Może wrażenie posiadania duszy jest tylko urojeniem umysłu...
Niemniej jednak był to kolejny ciekawy tekst popełniony przez Ciebie...
-
2013/08/14 01:05:09
Cześć Marcelino,

Trafiłem do Ciebie dość niedawno, ale zdążyłem przerobić wszystkie wpisy. Przykro czytać o zmianach, które nieoczekiwanie zaszły w Twoim życiu. Ładnie piszesz, jesteś atrakcyjną kobietą i w wielu kwestiach poruszonych na blogu przyznaję Ci rację. Chciałbym mieć tak wartościową osobę jak Ty w moim najbliższym otoczeniu.

Pierwszy komentarz zamieszczam pod tym wpisem, ponieważ niedawno pojawiło się tłumaczenie ciekawego artykułu Sama Harrisa i od razu pomyślałem o Twoim tekście. Harris jest neuronaukowcem i zajmuje przeciwne stanowisko. Pisze ciekawie i może Cię zainteresuje :)
www.racjonalista.pl/kk.php/s,9173
plus krótki filmik, również z Harrisem.
www.youtube.com/watch?v=G1fvQpBf73o

Liczę na kontynuowanie bloga. Napisz proszę co u Ciebie.
Pozdrawiam