O mojej drodze do szczęścia.
Blog > Komentarze do wpisu

Aktorzy.

Wzięłam do ręki scenariusz. Zerknęłam. Znowu to samo. Mam zagrać młodą dziewczynę, która wychodzi ze swoim chłopakiem na randkę. Ale jak? Przecież nie mam kostiumu! W czym ja wystąpię? W tym, co mam na sobie? W tych szmatach? Wolnego... to chyba jakieś żarty!?

Poszłam do Reżysera i wygarnęłam mu. Próbował mnie przekonywać, że dostałam wszystko, co jest mi potrzebne do odegrania tej roli. Że to świetna rola, i że miejsce jest odpowiednie. Ale nie przekonał mnie. Takie tam gadanie...
Wyszłam trzaskając drzwiami.
Nie tak sobie to wszystko wyobrażałam. Zdecydowanie nie tak.
Patrzyłam na innych aktorów. Zazdrościłam im.
Czego? Ach, prawie wszystkiego - kostiumów, rekwizytów, ciekawych ról, pięknych, bogatych scen, na których grają. Nie, nie czułam się gorszą aktorką. Wcale nie. Raczej tą gorzej wyposażoną. Tą, która została potraktowana niesprawiedliwie.
Po raz kolejny przejrzałam swój scenariusz na dzisiejszy dzień i stwierdziłam, że nie chcę takiej roli.
Czemu aktor, z którym mam grać nie wygląda, jak Harrison Ford? Co to za kostium w ogóle? Chudy jak tyczka, wielka, stercząca, rozczochrana czupryna, pryszcze na nosie i pognieciona koszula... Czy to ma być komedia czy dramat, przepraszam bardzo?
Romantyczne sceny...  ciekawe jak? W takiej scenerii? Romans w slumsach? Po prostu rewelacja!

Poprawiłam na sobie kostium, stanęłam przed lustrem i w tym momencie zaczęłam wątpić w talent i wielką wizję Reżysera.
Nie ma mowy! Nie wystąpię w tym! Nic z tego. Grajcie sobie beze mnie.
Siadłam na krześle i tylko płakać mi się chciało.
Czemu to musi tak wyglądać?
Czemu inni aktorzy mają ładniejsze kostiumy, lepsze rekwizyty?
Czemu oni a nie ja? Gdzie tu sprawiedliwość?
Nie chcę już w ogóle słuchać tego gadania Reżysera, że to naprawdę świetna rola.
Coś mu się chyba pomieszało od nadmiaru geniuszu.

Siedziałam i siedziałam. I nie miałam ochoty na nic. A już na pewno nie na to, by zagrać cokolwiek tego wieczora.
Ale nagle pojawił się On, mój partner. Jak zwykle był w swoim pryszczatym kostiumie.
- Jeszcze nie gotowa? - zapytał zdziwiony - przecież właśnie mieliśmy zaczynać.
Patrzył na mnie z wyrzutem. Z żalem. On bardzo chciał zagrać ze mną dzisiaj.
Gdy tak na mnie patrzył, sprawiał wrażenie, jakby już nie mógł się doczekać, kiedy wyjdziemy razem na scenę.
- Nie mogę, przepraszam... Wyglądam okropnie i okropnie się czuję. Nie chcę grać.
- Wcale nie wyglądasz okropnie. Wyglądasz pięknie. W każdym razie, jak dla mnie w sam raz. Nie marudź, tylko chodź.
- Nigdzie nie idę. Daj mi spokój.
- E tam... Wyglądasz świetnie, jesteś świetną aktorką i świetnie dziś zagrasz. Jestem o tym przekonany.

W zasadzie nie mam pojęcia, czemu wstałam i poszłam z nim. Może przekonał mnie jego entuzjazm, uśmiech i to, jak na mnie patrzył?
Choć trudno mi było w to uwierzyć, miałam wrażenie, że mówił szczerze.
Poza tym lubiłam go bardzo. Był świetnym aktorem. Gdyby jeszcze nie ten jego kostium...

Miał rację. Ostatecznie oboje wypadliśmy całkiem nieźle. Gra sprawiła mi wiele przyjemności. Przedstawienie udało się wspaniale. Mimo tandetnych dekoracji, kiepskich kostiumów i skrzypiących desek w podłodze.
Przekonywałam się do Niego, jako aktora, coraz bardziej. Imponował mi. Zawsze był taki szczery i autentyczny w swojej grze. Z dnia na dzień coraz bardziej go lubiłam.
I grałam w zasadzie chyba głównie dla Niego. Bo po prostu lubiłam z Nim być.
To rekompensowało mi w pewien sposób wszystko inne. Gdy był blisko, czułam się momentami bardzo szczęśliwa.

Inni aktorzy nie byli dla mnie tak mili, jak On. Często mi dokuczali. Nie rozumieli mojej roli i mojej gry. To, jak chciałam ją kreować było dla nich nonsensem. Jeden przez drugiego próbowali mnie poprawiać, dawać "dobre rady", a gdy nie słuchałam i uparcie trwałam przy swojej wersji, obrażali się na mnie, albo wręcz zarzucali mi, że się wywyższam. Przecież oni grali w tym Teatrze dłużej, niż ja, więc oczywistym było, że wiedzą lepiej, jak się powinno grać to czy tamto.
Czasem próbowałam ich słuchać i stosować się do ich rad, ale wtedy czułam, że coś jest nie tak. Wszystko jakoś przestawało trzymać się przysłowiowej "kupy".
Chciałam grać po swojemu. Chciałam grać swoją rolę tak, jak czułam.
Ale presja nakładana przez "starych wyjadaczy" była ogromna.
Stosowali zasadę - albo jesteś z nami i grasz tak, jak my, albo jesteś przeciwko nam.
Zadawałam sobie pytanie - i co teraz?
Iść za głosem serca, czy za głosem rozsądku?
Być w zgodzie ze sobą czy z nimi?
Reżyser tylko przyglądał się z boku, wzdychał i kręcił z politowaniem głową.
A potem mówił: "Wybacz, Marcelina, ale to Twoja rola. Rób jak uważasz. Jesteś dobrą aktorką. Masz talent i wierzę w to, że sama będziesz wiedziała jak to zagrać."
Tak... dla Niego wszystko jest zawsze takie proste i oczywiste! Tylko czemu nie dla mnie?

Mój sceniczny partner też zawsze we mnie wierzył. Zawsze stawał po mojej stronie i mówił: "Nie przejmuj się i po prostu rób swoje."
Po pewnym czasie polubiłam go tak bardzo, że już nawet ten Jego kostium przestał mi przeszkadzać. Polubiłam Jego bujną czuprynę i ten wielki nos. Pogniecione koszule przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczyło się przede wszystkim to, jakim był człowiekiem.

I tak to wszystko trwało przez wiele lat.
Było jak było - raz lepiej, raz gorzej. Jakoś dawałam radę. Przyzwyczaiłam się po prostu.
Jednak gdzieś tam, w środku, na dnie duszy pozostawał jakiś dziwny, niewypowiedziany żal.
Ciągle marzyło mi się coś lepszego. Ciekawszy scenariusz, ładniejszy kostium, porządniejsze rekwizyty, większa, bardziej nowoczesna scena...
Myślałam sobie, że gdyby to wszystko Reżyser dał mi (nam) do dyspozycji tak, jak innym przecież daje, to było by zupełnie inaczej. Po prostu przyjemniej by się wtedy grało. To dopiero było by przedstawienie! Dopiero moglibyśmy pokazać na co nas stać.
Ciągle czułam niedosyt i nie potrafiłam być tak do końca zadowolona z siebie i ze swojej roli.

Aż pewnego dnia zobaczyłam Jego.
Ponieważ nigdy wcześniej nie widziałam takiego aktora, spytałam innych, kto to taki.
Jedni mówili, że to jakiś wariat. Inni, że to mistrz. Wołali na niego MIM.
Przyjrzałam mu się. Miał na sobie niezwykle skromny kostium. W pierwszej chwili wydał mi się jakiś dziwny, ale też i zaintrygował mnie. Zaczęłam mu się uważniej przyglądać.
Jego gra była zaiste fascynująca. Był tak niezwykle przekonujący w swoich ruchach i gestach. Ale najdziwniejsze wydawało się to, że prawie wcale nie używał rekwizytów. Miał tylko jakieś krzesła, stół i to w zasadzie wszystko.
Gdy jadł jabłko, ja, patrząc na Niego, wiedziałam, że je jabłko, chociaż On tego jabłka wcale nie miał w dłoni. Tylko udawał, że je ma. A mimo wszystko ja nie miałam żadnych wątpliwości. Nie jedząc jabłka, jadł jabłko.
To samo było ze wszystkim innym. Czesał włosy nieistniejącym grzebieniem, zjadł nieistniejącego banana, obierał nieistniejące ziemniaki nieistniejącym nożem z nieistniejącej skórki i wrzucał do nieistniejącego garnka. Czytał nieistniejącą książkę. Potem, gdy znudził się czytaniem książki, zaczął przeglądać nieistniejącą gazetę. Jego ruchy były tak wymowne, że niemal widziałam ten grzebień w jego ręce, i tego banana, i gazetę. Widziałam to wszystko oczyma wyobraźni.
A przy tym nie mogłam wprost oprzeć się wrażeniu, że to, co robi, sprawia mu ogromną przyjemność.
Patrzyłam jak zahipnotyzowana. Nie mogłam oderwać oczu. Aż wreszcie zebrałam się na odwagę, podeszłam i zapytałam:
- Jak Ty to robisz?
Spojrzał na mnie zdziwiony i się roześmiał trochę dobrodusznie.
- Przecież widzisz.
Nie do końca wiedziałam, co widzę. Chyba odgadł moje myśli i mówił dalej.
- Ja po prostu gram.
- Ale tak... bez rekwizytów?
- Oczywiście, że z rekwizytami.
- Ale przecież ich nie ma. Nie istnieją.
- Owszem, istnieją. Są tu - i pokazał palcem na swoją głowę - w mojej wyobraźni.
W wyobraźni mogę stworzyć każdy potrzebny mi rekwizyt. -
Pokiwałam głową z powątpiewaniem.
- Nie wierzysz?
Nie wierzyłam.
Wtedy wyciągnął z nieistniejącej szuflady nieistniejące nożyce, odszedł kilka kroków dalej, wszedł przez niewidzialną furtkę do niewidzialnego ogrodu, niewidzialnymi nożycami ściął niewidzialną różę (tak, wiem, że to była róża, bo ścinając ją ukuł się jej niewidzialnym kolcem w palec), a potem wrócił i powiedział:
- Proszę bardzo. Ta była najpiękniejsza.
Nie wiedziałam, co zrobić.
- No wieź ją. To dla Ciebie - nalegał.
Niepewnie wyciągnęłam rękę i wzięłam nieistniejący kwiat. Spojrzałam na MIMA.
Znów się uśmiechał. Tak łagodnie i szczerze.

Trzymałam w ręku powietrze, a mimo wszystko w jakiś dziwny sposób czułam się obdarowana. Czułam się tak, jakbym dostała prawdziwy kwiat. Wyobraziłam sobie, że trzymam go naprawdę. Zamknęłam na chwilę oczy i powąchałam nieistniejącą różę, próbując wyobrazić sobie właściwy zapach. Udało mi się! Przypomniałam sobie zapach róży i niemal naprawdę go poczułam.
- Pięknie pachnie! - powiedziałam zupełnie spontanicznie. - Uwielbiam zapach róż! Skąd wiedziałeś, że najbardziej lubię te herbaciane?
A potem wzięłam i odłożyłam na chwilę tę nieistniejącą różę, otworzyłam nieistniejącą szafkę i wyciągnęłam z niej dwa nieistniejące wazony.
- Jak myślisz, w którym będzie lepiej wyglądała? Wydaje mi się, że chyba w tym...
Odkręciłam nieistniejący kran, nalałam do nieistniejącego wazonu wody z owego nieistniejącego kranu, wstawiłam do niego różę, a następnie postawiłam wazon na stole.
- Wiesz, to najpiękniejsza róża, jaką w życiu dostałam.
Patrzyłam na pusty stół pełna autentycznego zachwytu.
- Dziękuję!
- Ależ proszę bardzo!
Patrzył na mnie i nie przestawał się uśmiechać.
- Więc teraz już rozumiesz?
- Chyba tak.
Na mojej twarzy również pojawił się uśmiech.
Nagle ogarnęło mnie przedziwne uczucie. Naprawdę zrozumiałam o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.
Przez tyle lat skupiałam się na sprawach zupełnie nieistotnych.
Nagle pojęłam, że w tym Teatrze najważniejsza jest GRA. To ona się liczy najbardziej. Wszystko inne ma tak naprawdę drugorzędne znaczenie.
Spojrzałam na swoją nieistniejącą różę. Wyobraziłam ją sobie jako najpiękniejszy kwiat. Wyobraziłam sobie, że stoi w pięknym wazonie, właśnie takim, jakie zawsze mi się podobały. A wazon stoi na pięknym, stylowym stole.
Czy ten wazon i ta róża, które istniały tylko w mojej wyobraźni i jeszcze w wyobraźni MIMA, który obserwował to, co robię, były mniej prawdziwe od tych sztucznych kwiatów, które znajdowały się w teatralnej rekwizytorni?
Czy w Teatrze w ogóle cokolwiek jest prawdziwe, poza aktorami i ich grą?
Tekturowe banany pomalowane farbą na żółto, kwiaty zrobione z plastiku, książki bez nadrukowanych liter...

Gdy tylko uruchomiłam wyobraźnię, wszystko się nagle zmieniło. Pojawiły się meble, obrazy na ścianach, kwiaty w donicach, nawet fortepian, o którym zawsze tak marzyłam. Cały teatr zmienił się w ciągu jednej chwili nie do poznania.
A potem wyobraziłam sobie siebie w pięknej, wieczorowej sukni. I MIMA w eleganckiej białej koszuli. Podałam mu nieistniejący kieliszek najlepszego czerwonego wina, (w mojej wyobraźni na takie najlepsze wino zawsze przecież będzie mnie stać), a wtedy MIM spytał:
- Marcelino, skoro oczyma swojej wyobraźni możesz stworzyć dla siebie najlepszą scenerię, najpiękniejsze kostiumy i rekwizyty, co Cię powstrzymuje przed tym, żeby być najlepszą aktorką na świecie?
Co Cię powstrzymuje przed ty, żeby dobrze grać?
Co Cię powstrzymuje przed tym, żeby po prostu dobrze żyć?

Tak... Zawsze miałam to wszystko w zasięgu ręki. Wille z basenem, luksusowe samochody, fortepiany, księcia z bajki na białym koniu, wakacje na Hawajach, tylko nie umiałam tego zobaczyć, nie umiałam sobie tego wszystkiego wyobrazić.
Nie docierało do mnie, że z punktu widzenia WIDZA nie ma większego znaczenia, gdzie znajduje się aktor, co trzymam w rękach, jak jest ubrany itd. Jeśli aktor potrafi swoją grą przekonać go, że robi coś, trzyma coś itd, jeżeli potrafi obudzić wyobraźnię swoją i widza, staje się najlepszym aktorem świata, w dodatku niezależnym od nikogo i niczego.
Dopiero wtedy to wszystko do mnie dotarło.
To nie z Teatrem było coś nie w porządku, tylko ze mną.
Byłam po prostu kiepską aktorką.
Kiepskiemu aktorowi wszystko przeszkadza. Dobrego aktora nic nie powstrzyma, żeby świetnie zagrać każdą rolę.
Zamiast się starać, doskonalić, grać swoją rolę najlepiej, jak umiałam i cieszyć się tą grą, ja wymyślałam sobie ciągle nowe powody, by nie musieć się starać. By uciec od swojej roli i swojej gry. Jak to mówią: "Kto nie chce, szuka powodów. Kto chce, szuka sposobów."

Zarówno zwyczajny, teatralny kwiat, jak i kwiat, który istnieje jedynie w wyobraźni, jest tak naprawdę nieprawdziwy.
Jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, niech spróbuje ów kwiatek wynieść z teatru po zakończeniu sztuki. Wszystko zostaje w rekwizytorni. Wszystko jest własnością teatru, nie aktora. Nawet te przedmioty, które na pierwszy rzut oka wydają się być takie prawdziwe.

Spróbujcie, umierając, zabrać z tego świata cokolwiek.
Pieniądze, dom, swoje rzeczy, swoje ciało... nie da się. Nie da się tego wziąć. To nie nasze. To wszystko musi zostać.
Jedyne, co możemy zabrać z tego świata, to swoją duszę i zapisane w niej doświadczenia, wspomnienia, umiejętności. Ale przede wszystkim zdobytą ŚWIADOMOŚĆ.

Po raz kolejny przejrzałam scenariusz i stwierdziłam, że to jednak dobra rola. Można ją świetnie zagrać. Daje naprawdę duże możliwości.
Reżyser patrzy na mnie i się uśmiecha.
Tak, wiem. Znowu miałeś rację. Ech...

piątek, 01 sierpnia 2008, marcelina.m

Polecane wpisy

  • O bezsilności.

    To, co kiedyś przeczytałam, skłoniło mnie do rozważań na temat tego, czym jestbezsilność.Pewna kobieta o nicku "Ella" napisała artykuł o tym, jak bardzo czuje s

  • Moje wspomnienia z regresji hipnotycznej.

    Bardzo trudno jest opisać doświadczenia tego typu. I choć dokonałam takiej próby, nie jestem z tego opisu zadowolona. Nie oddaje nawet w części faktycznych odcz

  • List pożegnalny (Gabriel Garcia Marquez)

    Gabriel Garcia Marquez, wybitny pisarz kolumbijski, autor m.in. słynnej powieści"Sto lat samotności", laureat Nagrody Nobla z 1982 roku - jest chory na rakalimf

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2008/08/05 19:03:44
Tak, tak. Po ogladnieciu Matrix koncepcja wydala mi sie zdecydowanie znajoma. Jakis przedziwny rezonans.Skoro tak jest to naprawde warto robic wszystko na co sie ma ochote i realizowac swoje najsmielsze marzenia. To dodaje skrzydel. Od czasu do czasu trzeba sobiie tylko troche przypominac, bo sa momenty kiedy matrix jest niesamowicie ludzacy.
-
2008/08/06 19:19:58
Wreszcie znalazłam siłę do skomentowania ;P
"Przecież oni grali w tym Teatrze dłużej, niż ja, więc oczywistym było, że wiedzą lepiej, jak się powinno grać to czy tamto.
Chciałam grać po swojemu. Chciałam grać swoją rolę tak, jak czułam.
Ale presja nakładana przez "starych wyjadaczy" była ogromna.
Stosowali zasadę - albo jesteś z nami i grasz tak, jak my, albo jesteś przeciwko nam.
Zadawałam sobie pytanie - i co teraz?
Iść za głosem serca, czy za głosem rozsądku?
Być w zgodzie ze sobą czy z nimi?"

Bardzo mnie poruszył ten fragment, bo niedawno znalazłam się w sytuacji, kiedy "starzy wyjadacze" zaplanowali dla mnie coś innego, niż sama wybrałam. Nie zgodziłam się na to. Były długie rozmowy, w których oni mówili o czym innym, a ja o czym innym i nijak nie dało się dojść do porozumienia. Jak dwa światy. A ja chcę tylko żyć swoim życiem, bez narzuconych mi siłą decyzji. W tej chwili przegrałam bitwę. Ale wojna nadal się toczy :P

Buffalo - to raczej nie Matrix :P Ja to odczytuję jako problem pewności siebie, polubienia się takim, jakim sie jest, życiowych priorytetów i wyznawanych wartości. Najważniejsza jest rola, nie rekwizyty :)
-
2008/08/14 18:53:17
Marcelino, piękny tekst :)
ja to rozumiem raczej nie jako Matrix ;) a jako porównanie życia do gry aktorskiej... i nie ważne są rekwizyty, to jak przeżyjemy nasze życie, czy będziemy szczęśliwi zależy tylko od nas, naszego nastawienia, a nie od otaczającego nas materialnego świata i i innych ludzi, którzy chcieliby często decydować za nas.
Nie koniecznie trzeba być milionerem, mieć za partnera najprzystojnieszego mężczyznę świata (od nas zależy czy nim jest - dla nas) żeby być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem i dobrze przeżyć życie.

pozdrawiam,

stała czytelniczka ;)

-
gdybymbylaktorem
2013/12/29 23:26:09
Myślę, że powiedzenie "Kto nie chce, szuka powodów. Kto chce, szuka sposobów." jest świetnym podsumowaniem całego Twojego opowiadania. Nie ma rzeczy niemożliwych. Trzeba zawsze brać garściami z życia to co najlepsze, a nie chować się pod stół.