O mojej drodze do szczęścia.
Blog > Komentarze do wpisu

Moje wspomnienia z regresji hipnotycznej.

Bardzo trudno jest opisać doświadczenia tego typu. I choć dokonałam takiej próby, nie jestem z tego opisu zadowolona. Nie oddaje nawet w części faktycznych odczuć. Jest jedynie mało wyraźnym, mało dokładnym szkicem tego, co wtedy przeżyłam. Niemniej, może zachęci inne osoby do tego, by sprawdzić samemu, jak to jest?

Regresja była zaledwie jednym z kilku etapów mojej "podróży wgłąb siebie". Doświadczyłam jej w ciągu tych dwóch dni, w czasie których byłam na naszych "warsztatach z odmiennych stanów świadomości". Wszystko było bardzo "ściśnięte" w czasie. A więc i taniec transowy, i hiperwentylacja, i spotkanie ze swoim duchem opiekuńczym, i świadome przechodzenie przez proces śmierci, i chodzenie po rozżarzonych węglach...
Wszystko na raz.
Może właśnie dlatego efekt był tak niesamowity, tak silny?

Byliśmy wtedy w górach. Warsztaty odbywały się w małym schronisku. Było nas w sumie może z kilkanaście osób.
Najczęściej regresję prowadzi się indywidualnie. Jednak wtedy nie było ku temu możliwości ani czasu. Było nas po prostu za dużo chętnych  i nasz prowadzący - szaman, o którym już kiedyś wspominałam, nie dał by rady pociągnąć każdego z osobna. A szkoda, bo wtedy mogłabym się dowiedzieć znacznie więcej.

Leżeliśmy wszyscy na podłodze na materacach i kocach. Oczywiście najpierw zostaliśmy wprowadzeni w stan bardzo głębokiego rozluźnienia, w czasie którego miałam pełną świadomość tego, co się dzieje.
Odbywało się to mniej więcej w ten sposób, że na polecenie prowadzącego cofaliśmy się pamięcią wstecz. Prosił, abyśmy zobaczyli samych siebie dziesięć lat temu, dwadzieścia, abyśmy zobaczyli siebie gdy mieliśmy rok, dalej trzy miesiące.
To niesamowite - poczuć się znowu jak trzymiesięczne dziecko! Patrzeć na świat oczami trzymiesięcznego malucha. Ale też i czuć tak, jak on.
Co czułam wtedy? Jakiś dziwny smutek, rozżalenie, było mi generalnie jakoś źle. Może nawet nazwałabym to jakąś dziwną samotnością?
Potem poród. Uczucie nacisku kurczącej się macicy. Ogromny dyskomfort, zmęczenie. Ja to naprawdę poczułam!

Ale jeszcze dziwniejsze było to, co czułam, gdy prowadzący kazał nam się cofnąć jeszcze wcześniej, czyli do czasu, gdy byłam sześciomiesięcznym płodem. Poczułam wtedy ogromny lęk. To było bardzo niefajne uczucie.
Gdy kiedyś o tym myślałam, jeszcze przed regresingiem, to wydawało mi się, że w brzuchu mamy jest fajnie, że wtedy czuje się spokój, błogość. A tu nic z tego. I to mnie bardzo wtedy zaskoczyło. To uczucie lęku. Byłam jakby zawieszona w ciemnej pustce, w której był tylko lęk. To było okropne uczucie.

No i po tym dopiero się zaczęła jazda. Prowadzący poprosił, byśmy się cofnęli dalej. Przez chwilę zniknął ten straszny lęk i zrobiło się tak jakoś dziwnie, ale w sumie neutralnie. Jakiś spokój, bezruch, zawieszenie w nicości.
I ponowne cofnięcie się.
Tym razem do momentu poprzedniej śmierci.
I tu również szok. Nagle zobaczyłam walący się sufit. Cała część budynku runęła i zawaliła się na mnie. Słyszałam okropny hałas dookoła. Jakby wybuchy pocisków. Ale w sumie to trwało tak szybko, że nie zastanawiałam się nawet nad tym skąd się ten hałas bierze. Poczułam, że przygniata mnie coś i padam na wznak. Poczułam ból w klatce piersiowej. Nic już nie widziałam, tylko czułam, że nie mogę oddychać. Wszędzie w powietrzu było pełno pyłu. Czułam, że się duszę, że nie mogę oddychać. Pył wdzierał się do płuc wraz z każdym oddechem. To było okropne uczucie. Lęk... Potem świadomość, że umieram.
Po chwili strasznego dyskomfortu znów wszystko ucichło i uspokoiło się, a ja znów na chwilę znalazłam się jakby w jakimś zawieszeniu.

Wtedy usłyszałam głos prowadzącego, który prosił, byśmy cofnęli się jeszcze bardziej. Ale już nie precyzował dokładnie jak daleko w czasie, tylko abyśmy spróbowali zobaczyć jak najwięcej ze swojego poprzedniego życia.
I wyłączył się na dłuższa chwilę, a ja znów zaczęłam widzieć obrazy.

I tu już nie odbywało się wszystko tak, jak poprzednio - od tyłu do przodu skokami, ale skokami mniej więcej w porządku chronologicznym.

Pierwsze, co zobaczyłam, to krajobraz. Tak niezwykły i piękny, tak bardzo mi w pewien sposób znajomy i bliski.
To była wioska. Nieduża, pięknie położona. Pamiętam góry. Ale nie takie, jak u nas, w Europie. To były zupełnie inne góry. Porozrzucane pojedynczo na płaskim terenie, wysokie i wyglądające jak stożki, porośnięte drzewami. Poczułam, że jest gorąco. Słońce grzało bardzo mocno. Pamiętam pola pod tymi górkami. Były częściowo zalane wodą. A w tej wodzie rosły jakieś rośliny. Chyba ryż. Na polach pracowali ludzie stojąc w wodzie do kolan. Na głowach mieli kapelusze w kształcie bardzo spłaszczonych stożków.
Między domami w wiosce biegały dzieci. Niektóre krzyczały coś, inne się śmiały.

A potem zobaczyłam siebie.
Znów szok. Totalny!
Byłam dość wysokim i bardzo szczupłym mężczyzną (niezbyt przystojnym w dodatku) o lekko skośnych oczach i śniadej cerze. Widziałam od tamtej chwili wszystko tak na przemian - raz obserwując wszystko jakby z boku, a raz będąc w ciele, jako ten mężczyzna.
Gdy zobaczyłam, jak się uśmiecham (jako ten mężczyzna), okazało się, że on (to znaczy ja) ma bardzo podobny, trochę krzywy zgryz. Patrzyłam na jego zachowanie, na sposób poruszania się, sposób patrzenia - to byłam ja! Naprawdę ja! To było niesamowite uczucie!

Przez chwilę obserwowałam samą siebie w ciele mężczyzny. Patrzyłam, jak rozmawiam z innym mężczyzną, jak się uśmiecham, jak gestykuluję.

A potem nagle się wszystko urwało i zobaczyłam zupełnie inny obraz. I to przyszło zupełnie samo. Nie pomyślałam sobie - no, to może teraz spróbuję zobaczyć coś dalej - nie, po prostu nagle wszystko samo zniknęło i pojawił się następny obraz. Jakże inny od poprzedniego.

Znów ta sama wieś. Ale tym razem padał silny deszcz. Było straszne zamieszanie. Słychać było przerażone krzyki ludzi wokoło. Słyszałam też coś, co przypominało wystrzały z karabinów maszynowych, wybuchy granatów. Jak odgłosy z filmu wojennego.
Zobaczyłam znów siebie, lecz tym razem w towarzystwie dwóch kobiet. Jak się szybko zorientowałam, jedna z nich była moją żoną. Druga, znacznie starsza, akuszerką porodową. Moja żona rodziła dziecko. Akuszerka była bardzo zdenerwowana, widać było, że coś idzie nie tak.
Moja żona strasznie krzyczała z bólu. Leżała na podłodze na jakichś kocach.

Jedyne uczucia, jakie pamiętam z owej chwili, to przerażenie i bezradność. Czułam się okropnie. Totalnie bezsilny. Akuszerka mówiła do mnie, że dziecko się zablokowało i nie może wyjść. Widziałam przerażenie w oczach swojej żony i nieme błaganie o pomoc. Byłem totalnie skołowany. Nie wiedziałem, co robić. Z oczu akuszerki wyczytałem, że sama sobie nie poradzi.
Na zewnątrz krzyki i hałasy trochę przycichły.
Wybiegłem na dwór, na ten straszy deszcz. Pobiegłem szukać pomocy. Musiałem znaleźć lekarza. Dookoła wszystko było jakby przewrócone do góry nogami. Zniszczone domy, poprzewracane płoty. Gdzieniegdzie stali ludzie pochyleni nad ciałami leżącymi nieruchomo na ziemi.
Biegłem ile tchu i widząc kogokolwiek pytałem o lekarza. Ale ludzie pogrążeni w rozpaczy jakby mnie nie rozumieli. Płakali, albo tępo patrzyli przed siebie.

Błoto... Straszne błoto na drodze. Przewracałem się co chwilę. Wioska wyglądała jak z koszmarnego snu.
Dotarło do mnie po chwili, że lekarza nie znajdę. Zawróciłem więc.
Gdy wreszcie dotarłem z powrotem do chaty poczułem lęk. Nie słychać było krzyków rodzącej żony. Panowała cisza. Słychać było tylko deszcz. Wszedłem do środka.
Leżała na kocach. Nie ruszała się. Była martwa. Obok siedziała akuszerka i płakała cichutko.

Pamiętam potworny ból. Potworny!
Wybiegłem z chaty na dwór i zacząłem krzyczeć. Tak strasznie krzyczałem... Upadłem na ziemię. Pamiętam błoto między palcami. Ciepłe błoto.
Moja żona nie żyła. Była taka piękna! Byliśmy niedługo po ślubie. To miało być nasze pierwsze dziecko. Tak bardzo ją kochałem! Była cudowna!

I zaraz potem pojawiło się kolejne uczucie - straszne poczucie winy i wyrzuty sumienia, że zostawiłem ją samą w takiej chwili. Że umierała, a mnie przy niej nie było. Umierała sama.
Nagle moja wyprawa w poszukiwaniu lekarza wydała mi się kompletnie bez sensu. Przecież szanse na to, że go znajdę w chwili, gdy wioska jest atakowana, była minimalna. Powinienem był z nią zostać. Nie zostawiać jej samej. Powinna umrzeć na moich rękach.
Wymyślałem sobie od najgorszych kretynów.
Rozpacz pomieszana z nienawiścią i wściekłością na siebie. Z uczuciem totalnej bezsilności.

Pytania zaczęły błądzić o głowie.
A może, gdybym przy niej został, nie umarłaby? Może by żyła? Może dało by się coś jednak zrobić? Może gdybym był z nią miała by więcej sił, żeby walczyć?
A potem kolejne pytanie - dlaczego to musiało się stać?
Czemu ona - taka piękna, młoda, taka dobra - musiała umrzeć?
Czemu przyszło nam żyć w takich strasznych czasach?
Czemu los nas rozdzielił?

Siedziałem w tym błocie i płakałem. Deszcz lał się z nieba strugami. Spływał mi po twarzy, po plecach.
Błoto na spodniach, na koszuli, na dłoniach, na twarzy. Błoto, błoto, błoto...

Potem jeszcze tylko dwa obrazki, takie krótkie migawki - ja siedzący pod ścianą jakiegoś domu, pogrążony w totalnym smutku, beznadziei. Pamiętam to uczucie, kiedy totalnie mi już na niczym nie zależało. Nawet na życiu. Nie potrafiłem pogodzić się z tym, że ona odeszła. Nie umiałem po prostu.

I jeszcze zobaczyłem po chwili, jak idę gdzieś z innymi mężczyznami. Wszyscy nieśli karabiny maszynowe. Jakaś droga, gęsty las, przeraźliwe gorąco, duchota.
Smutek, smutek, smutek...

Wtedy właśnie usłyszałam głos dobiegający gdzieś z zaświatów, że trzeba wracać.
Nasz przyjaciel szaman wyprowadził nas ze stanu pół - hipnozy (tak to nazwijmy, bo nie wiem dokładnie co to było).
Mniej więcej tymi słowami:

"Teraz wracamy powolutku do "tu i teraz",
Jesteśmy z powrotem w schronisku w górach. Leżymy na podłodze. Próbujemy poczuć nasze stopy. Próbujemy poruszyć dużym palcem u nogi. A teraz próbujemy poruszyć palcami u rąk. Itd.
Gdy doliczę do trzech powoli otwieramy oczy. Raz, dwa, trzy..."

Otworzyłam oczy i... znów byłam w schronisku. Powoli usiadłam na materacu. Czułam się totalnie sflaczała, zesztywniała, odrętwiała. Jakbym spała bardzo długo mocnym snem. Ale pamiętałam wszystko.

Nie wiem jak miałam na imię. Jaki był mój zawód. W jakim dokładnie kraju żyłam (wyglądało to trochę jak Wietnam? może Kambodża? Krajobrazy jakie widziałam mogły by na to wskazywać. Choćby te charakterystyczne, stożkowe górki.)
Ale wiem, że to na pewno byłam ja. Ja w męskim ciele tym razem. Nie spodziewałam się tego. To było dla mnie totalne zaskoczenie.
Wiem, że gdy sesja regresji odbywa się indywidualnie, można się dowiedzieć znacznie więcej konkretnych rzeczy, Swoje imię i nazwisko, datę urodzenia. I w ogóle można wejść w to głębiej.  Ja wprawdzie nie miałam takiej okazji, ale już samo to, co zobaczyłam, w zupełności mi wystarcza.

Wojna w Wietnamie skończyła się w 1975 roku. Ja urodziłam się na początku 1976 roku. A więc różnica między śmiercią w czasie wojny (o ile faktycznie byłam wtedy Wietnamczykiem) a datą ponownych narodzin jest bardzo niewielka.
Oczywiście może to nie mieć żadnego znaczenia. Może to być zwyczajny zbieg okoliczności. Ponoć poszczególne wcielenia nie muszą się zbiegać z naszą ziemską chronologią. Niemniej jest to zastanawiające...

I jeszcze na koniec coś, czego już nie opiszę dokładnie bo chyba nie potrafię. Ale tylko wspomnę, że po tym regressingu zaczęłam mieć dziwne sny. Tak, jakby migawki również z innego wcielenia, ale...
No właśnie. Czasem sama sobie myślę, że zwariowałam.
To są wspomnienia z jednego z moich wcieleń na zupełnie innej planecie.
Po prostu to, co widziałam w tych snach nijak ma się do naszej ziemskiej rzeczywistości. Brakuje nawet słów i pojęć, by to opisać. Nie mogłam też tego zobaczyć na jakimś filmie fantasy, bo czegoś takiego, jak widziałam w tych snach, po prostu w naszym świecie nie ma.
Czasem to sama nie wiem, jak traktować to wszystko?
Może mam po prostu wybujałą wyobraźnię?
Może to wszystko wymysły mojej "chorej głowy"?
Oczywiście, biotę to pod uwagę. Tak też może być.

Jeśli jednak jest to jest coś więcej, niż tylko mój wymysł? Co, jeśli sobie tego nie zmyśliłam, a po prostu to wszystko mi się przypomniało?
Niektórzy twierdzą, że gdybyśmy chcieli, moglibyśmy sobie przypomnieć wszystkie nasze wcielenia od samego początku do teraz. Że to wszystko jest zapisane w naszej podświadomości.
A jeśli to prawda?
A jeśli faktycznie dusza wędruje wcielając się dziesiątki, a może nawet setki razy na różnych planetach?

Teraz, po tych wszystkich doświadczeniach, życie nabrało dla mnie zupełnie innego sensu. To po prostu doświadczenia, doświadczenia, doświadczenia...
Nauka, nauka, nauka...
Doświadczanie samego siebie dokonujące się poprzez egzystowanie w różnych rzeczywistościach. Fascynujące na wskroś!
Życie zaczęło wreszcie przedstawiać dla mnie wartość samo w sobie. Życie dla życia. Tak po prostu. Dla samej przyjemności bycia i doznawania siebie w różnych układach, okolicznościach, w różnych rzeczywistościach.

I nawet przeżywanie bólu samego w sobie nie odczuwam już tak jak kiedyś. Ten ból jest jakby bardziej z boku. I wiem, że pojawienie się go zawsze ma swój cel.
Ból uczy. Wiem, że z tego poprzedniego wcielenia wyniosłam bardzo ważną lekcję. Wtedy, gdy straciłam żonę, nauczyłam się czegoś.
Tak naprawdę nie posiadamy niczego. I do niczego nie powinniśmy się przywiązywać, bo cokolwiek nas w życiu spotyka, dostajemy to tylko na krótszą lub dłuższą chwilę. A potem trzeba to oddać. Bez względu na to, jak bardzo się to kocha.
Może dlatego teraz nie potrafię już traktować mojego męża jak swojej własności? Również dzięki temu doświadczeniu zrozumiałam, ze życie jest tak naprawdę iluzją. Wcielamy się, przeżywamy różne doświadczenia, znajdujemy się w różnych okolicznościach, wśród różnych innych dusz, które załatwiają na tym samym padole swoje własne sprawy. Wszyscy jesteśmy powiązani ze sobą w przedziwny sposób, nasze losy się splatają, wpływamy na siebie na wzajem.
A potem wcielenie się kończy. Coś zostaje zrobione, przepracowane. Inne rzeczy czekają na załatwienie na "następny raz". W międzyczasie wynikają jakieś inne jeszcze sprawy, które - jak się okazuje - powinniśmy "poćwiczyć".
I tak w kółko.

Dystans. To jest to, co zdobyłam, a co jest nieocenione. Patrzenie z perspektywy, z oddalenia. Nie identyfikowanie się ze swoimi uczuciami, z tym, co się dzieje wokół.
Oczywiście czasem zdarza mi się zatracić na chwile krótszą bądź dłuższą ten dystans. Ale potem on zawsze wraca.

Nawet, jeśli to wszystko, to tylko wymysł mojego mózgu, mojej bujnej wyobraźni, to i tak było warto, bo teraz jest mi po prostu łatwiej. Łatwiej żyć.
Czuję się jak wędrowiec z bardzo daleka, który zajrzał tu tylko na krótką chwilę.
I to jest bardzo fajne uczucie.
Polecam!
piątek, 19 czerwca 2009, marcelina.m

Polecane wpisy

  • Dobra śmierć.

    "- Puk, puk!- Kto tam?- To ja. Wpuść mnie, proszę!- Czego chcesz?- Wezwanie od Stwórcy przynoszę.- Już? Tak szybko? Za szybko...Daj mi proszę jeszcze choć ze dw

  • W obronie homoseksualizmu.

    "Dlaczego autorkę razi stosunek Kościoła katolickiego do homoseksualistów? Domyślam się, iż uważa, że KK potępia homoseksualistów, nie toleruje ich, chce zamyka

  • Dylematy "przerośniętego" katolika.

    Urodziłam się w katolickiej rodzinie jakieś 32 lata temu.Standardowo mnie ochrzczono. Potem, siłą rozpędu, była biała sukienka, świeca, wianek we włosach i zega

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/09/14 19:34:46
Witaj Marcelino!
Czytam od niedawna Twoje dwa blogi. Przyznam, że już dawno nie czytałem z takim zainteresowaniem przemyśleń, argumentacji czy też opisów przeżyć innego człowieka. W niektórych sprawach mam inne zdanie, ale w wielu trafia do mnie Twoja argumentacja.
Postanowiłem najpierw zacząć od sprawy, która spowodowała, że zdecydowałem się napisać do Ciebie. Chodzi o doświadczenia z szamanizmem i przeżycia z tym związane.
Nie mam zamiaru tego potępiać, ale kiedyś przeczytałem książkę, która spowodowała, że jestem bardzo ostrożny w tych sprawach ( chyba jestem w ogóle ostrożny, przed zrobieniem dwóch kroków do przodu robię jeden do tyłu, kiepsko by wyglądał postęp, odkrycia gdyby wszyscy byli tacy jak ja) Książka nosiła tytuł Piękna strona zła( autorka Michaelsen Johanna- sprawdziłem teraz w Internecie) Nie będę opisywał treści tej książki, ale chciałbym żebyś ją przeczytała. Już sam tytuł zawiera jakby mechanizm działania tych sił czy też nauk. Mechanizm jest prosty, wejście w to wiąże się z fascynacją, przyjemnością, niezwykłymi doznaniami.( gdyby było bolesne, przykre nikt by tego nie robił), Co ciekawe dla części nie przynosi to złych konsekwencji ( wieści się roznoszą i mogłoby to powstrzymać następnych) Coś złego spotyka wybranych, dlaczego tylko ich? Nie wiem? Ale ktoś dokonuje wyboru. Ja bym wciągał ( bez złych konsekwencji) jak najgłębiej tych najlepszych, którzy zafascynują Sobą jak najwięcej potencjalnych kandydatów. ( Hm! Ty jesteś taką osobą), nie myśl, że ten wniosek wysnułem przed napisaniem tego, tak jakoś wszystko logicznie się poukładało.
Wiem, że nie jesteś w stanie odpowiadać każdemu, kto do Ciebie napisze, ale jakbyś mogła przeczytać tą książkę i napisać kilka zdań komentarza ( jak to wygląda z Twojej strony?) Tak jak pięknie to potrafisz.

Pozdrawiam
Grzechu
-
2010/07/30 15:31:35
wyobrażnia nie ma ograniczeń , ograniczenia stwiamy sobie sami ....a to co widzimy w swojej wyobraźni jest dla nas prawdziwe ....a potem to kwestia wiary czy wierzymy naprawde w wędrówkę dusz czy nie zaprzeczamy takiej ewentualności. Pięknie to opisałaś i najwążniejsze, że Ci pomogło ....tez uwążam, że jesteśmy wędrowcami powiązanymi ze sobą.
Serdecznie pozdrawiam